To stary nigdy nie publikowany felieton mojego autorstwa.
Postanowiłem go zaktualizować i opublikować.
PRACA PISARZA CZYNI WOLNYM
1.PROLOG
Zaiste, pisarz to wolny zawód. Ale raczej w tym obcym, anglojęzycznym znaczeniu; Wolny czyli bezpłatny. Pisarz może sobie pisać. Może też nie pisać. Jego sprawa. Jego rzecz. Konsekwencje finansowe dla niego i tak będą znikome. Albo żadne.
Śmiejemy się z żartu o tym, że bankier od lat nie był w teatrze a artysta w banku. Śmiejemy się. Ale nic z tego śmiechu nie wynika. Bo to nie żart ani satyra. To rzeczywistość. U nas po prostu, najwyraźniej, tak ma być.
W innych zawodach, osiągnięcie sukcesu, może być mniej lub bardziej prawdopodobne. Może nawet graniczyć z cudem. Ale nie ważne co robisz, byle byś był w tym naprawdę dobry. Można żyć dobrze nawet z grania w gry komputerowe, o ile jest się w tym mistrzem. Wyjątek stanowi pisarstwo. Wszystkie autorytety są zgodne co do tego, że w pisarstwie w Polsce, sukces komercyjny jest absolutnie nieosiągalny.
Wszyscy znamy powiedzenie, że sukces literacki to tylko w 5% kwestia talentu, zaś w 95% ciężkiej pracy. Ale mało kto w pełni uświadamia sobie, co to oznacza w praktyce. A oznacza to, że tak zwany pisarz, aby się utrzymać, musi wykonywać co najmniej DWIE prace w pełnym wymiarze godzinowym. Jedną zarobkową. Drugą pisarską. Z których ta pierwsza absolutnie nie gwarantuje zarobku (mówimy o Polsce!) zaś druga, absolutnie gwarantuje brak zarobku.
Pisanie to ewidentnie nie jest zajęcie dla ludzi zdrowych na umyśle, jak powiedział pewien dyrektor wydawnictwa z serialu Zmiennicy.
Albowiem pisarz (lub pisarka) w naszym pięknym kraju, to bardzo osobliwy byt teoretyczny. Który, według powszechnego wyobrażenia, powinien być wyjęty spod praw rządzących ekonomią.
Cały problem polega na tym, że nie jest! Wyjęte spod tych praw są tylko i wyłącznie pisarskie zarobki. Ale nie koszty. Jak każdy wam to powie, nie pisze
się dla pieniędzy. Pisarzowi, jako artyście, w sferze obyczajowej pozwala się na więcej. Pisarz może pisać dla Boga i ojczyzny. Może też pluć na Boga i szkalować Ojczyznę w zagranicznych mediach. W końcu w praktyce, i tak, niewiele z tej całej pisaniny wynika.
Ale jedno czego prawdziwemu polskiemu pisarzowi nie wolno, to oczekiwać zysku. Bo polski pisarz nie zajmuje się tak przyziemnymi sprawami jak pieniądze. Jego świętą jest konopnicka. Jego idolem Mickiewicz. Jego wzorcami do naśladowania, mogą być w najlepszym razie – pozytywiści. W najgorszym – romantycy. Bo Pisarz, szerzej, artysta, to ma być taki buntownik przeciw rzeczywistości. Ma prawo sobie pokrzyczeć. Pobluźnić. Powytykać innym ludziom ich zakłamanie i wady. W końcu to jego rola. Ale co to za buntownik, który buntuje się za pieniądze!? To najmimorda, nie artysta!
W Polsce, pisarz w powszechnej świadomości nie funkcjonuje jako zawód. W szkole wpaja się młodzieży przekonanie, że prawdziwych pisarzy, jak cyganów, już nie ma. A jeżeli nawet są, to mają tak narąbane, że nikt normalny nie chciałby ich z własnej nieprzymuszonej czytać (W tym jest trochę racji).
Ostatnim pełnoprawnym autorem piszącym dla ludzi który zarazem cieszył się poważaniem krytyków był u nas chyba Sienkiewicz. Z Poetów Jan Brzechwa. Potem, było już tylko gorzej.
No dobra, przesadziłem! Jednak najbardziej promowanymi w szkole autorami są romantycy Mickiewicz. I Słowacki. No i członkowie ZLP lub autorzy pisujący na wygnaniu. Tacy jak Gombrowicz, który pracował w południowoamerykańskim banku. Jest też Szymborska i Miłosz. O nich nie da się nie wspomnieć, bo to nobliści. Gdzieś tam jeszcze, o świat literatury uznanej na salonach obił się boleśnie Stanisław Lem. Ale potem już naprawdę zostaje nam tylko rozpolitykowana Kultura paryska i oczywiście ta nasza najnowsza noblistka, która się wstydzi jeść mięso ale za to jest dumna że nie tworzy literatury popularnej.
Piękny wzór do naśladowania.
Możemy sobie utyskiwanie że młodzież z niewiadomych przyczyn, nie czyta książek, że nie wyjdzie na dwór, tylko żyje w social mediach, i gra w te brutalne gry. Ruja i poróbstwo, droga Pani. Naród się stacza. Kultura umiera.
Niech jej ten przemiał lekkim będzie.
Dlatego właśnie autorzy piszący książki dla ludzi a nie dla krytyków są przez nasz system edukacji uważani za coś w stylu leśnej ściółki. Jest jej dużo, bo las tak ma. Więc chodzimy po niej. Jest miękka. Zielona. Nawet nieźle wygląda. Ale do lasu chodzimy wyłącznie w celu podziwiania drzew. O ściółce się zasadniczo nie mówi!
Nasza młodzież w szkołach, może przejść przez nasz system edukacyjny nie słysząc nawet o istnieniu na przykład Joanny Chmielewskiej, której powieści przetłumaczono na obce języki ponad 100 razy i które sprzedały się na świecie kilkunastu milionach egzemplarzy.
Toteż nie dziwi mnie, że kontakt przeciętnego Polaka z literaturą ogranicza się zasadniczo do wystawy używanych podpasek Manueli Gretkowskiej nieautoryzowanych biografii Szymonów Majewskich. I przemyśleń Lisów na temat PiSów.
Być może gdybyśmy zaczęli używać szkół do promowania żyjących polskich autorów; Autorów, których naprawdę ktoś czyta bez przymusu, którzy mogliby mieć szanse konkurować, przynajmniej na własnym podwórku z 50 Twarzami i innymi anglojęzycznymi horrorami. Tutaj dopiero niedawno pojawiła się realna konkurencja w osobie na przykład Andrzeja Sapkowskiego i to też raczej na przekór systemowi niż dzięki niemu. Nie chcę nic ujmować autorom z czasów PRL. Oni też byli dobrzy. Jednak nie osiągnęliby aż takich nakładów, gdyby nie izolacja naszego rynku w warunkach której działali.
Chociaż z drugiej strony ani Sapkowski, ani Remigiusz Mróz ani nawet Blanka Lipińska pomocy i uznania ze strony zblazowanych ramoli którzy zajmują się wybieraniem młodzieżowych słów roku oraz usuwaniem Murzynów i tak już nie potrzebuje.
A niektórzy jeszcze się dziwią, że czytelnictwo mamy za małe. Że trudno jest o dobrych, poczytnych, wartościowych rodzimych autorów.
Dziwne, nie?
NO DOBRA, ALE O CO CHODZI Z TYMI 5%?
Przyjmowaliśmy te frazesy o literackiej nierentowności, ze zmiennym poziomem cierpliwości. Aż do momentu, w którym, pewnego wieczora, poszukując w Internecie informacji na temat stawek za teksty w polskich czasopismach poświęconych fantastyce, natrafiłen na ten artykuł Andrzeja Pilipiuka z 2008 roku. (Do przeczytania
TUTAJ.)
W Zjednoczonym Królestwie, autor otrzymuje 1/3 ceny okładkowej od każdej sprzedanej książki?!!
A nam, w przerwach między narzekaniem na niskie czytelnictwo, się tu wmawia, że tantiemy w wysokości 20% ceny okładkowej książki mogą dostać tylko bogowie i herosi. A ty, nędzny śmieciu, to sią ciesz i buty liż, jak dostaniesz 5%. Najlepiej w ogóle nie nastawiaj się na kasę bo przecież nie o to w pisaniu chodzi!
Pilipuk, w swoim artykule, wspomina również o zaliczce, na jaką może liczyć początkujący pisarz. Nie więcej niż 6000 funtów. Wiemy skądinąd, iż zaliczkę w tym przedziale, otrzymała pewna zdesperowana samotna matka z dzieckiem za podpisanie pierwszego tomu swojej bardzo kiepsko rokującej powieści pod tytułem "Harry Potter and the Philosopher's Stone".
Powiecie że porównywanie się z J.K. Rowling to farsa. Dlaczego od razu nie z Billem Gatesem. Ale ja tu nawiązuję do młodej, początkującej J.K. Rowling. J.K. Rowling z epoki przedpotterowej. Tej, której nikt nie chciał wydawać. Bohaterki klasycznej umoralniającej opowieści rodzajowej, którą opowiadamy kandydatom na pisarzy, aby ich nauczyć że nigdy nie wolno się poddawać. Ale jeżeli porównywanie się do Rowling jest nie teges, to podajcie mi przykłady polskiego sukcesu literackiego do których mamy aspirować.
Serio pytam, czy znacie jakiekolwiek wydawnictwo w Polsce, by które płaci początkującym autorom zaliczki wysokości 40 tysięcy złotych? (Artykuł Pilipiuka i przytoczone w nim dane, pochodzą sprzed kilkunastu lat).
I jeśli autor(ka) w Polsce dostaje od wydawnictwa jakieś tam 5 procent zysków netto powinien się cieszyć i zapewne, nie wiem, świadczyć wydawcy pozakontraktowe usługi seksualne z wdzięczności, że raczył dać im szansę.
Młodzi autorzy w ogóle nie powinni się nastawiać na zyski. Przecież, jak sama nazwa wskazuje, są młodzi! Znaczy się, powinni być silni i zdrowi. Jeśli więc chcą pieniędzy, to niech się wezmą do roboty. Niech szorują kible na centralnym albo popychają taczki na budowie.
Przypomnę tu zabawną sytuację, którą opisał Andrzej Sapkowski. jako człowiek żyjący z pisania, nie mógł nawet wyrobić sobie karty w bibliotece uniwersyteckiej, bowiem formularz, który kazano mu wypełnić wymagał wpisania nazwy pracodawcy.
Nawet dedykowane instytucje kulturalne, nawet biblioteki uniwersyteckie, nie traktują pisarza jako pełnoprawnego zawodu.
Chociaż z drugiej strony, "ZAWÓD" to nad podziw trafne określenie.
Może ktoś wyjaśni, z łaski swojej, jaki sens ma zapisywanie się do takiego czy innego do Związku Literatów, jeżeli ich legitymacja nie pozwala nawet wyrobić sobie karty bibliotecznej?
To trochę tak jakby człowieka z kartą pływacką nie wpuszczać na basen.
Kiedy napisałem, że pisarz w Polsce jest wariatem, pewnie sobie myśleliście, że trochę przesadzam. Że stosuję emocjonalną hiperbolę. A teraz wam głupio.
Dlatego jedyne, co nam pozostaje, to rozczulanie się i narzekanie po starowieśniacku, że z pisania nie da się wyżyć. Bo mamy mało rozwinięty rynek czytelniczy. Bo wydawnictwa cienko przędą. Bo nie stać ich by zaoferować dobre wynagrodzenie autorom. Bo mamy mało rozwinięty rynek czytelniczy… .
I w ogóle nie będzie niczego.
Same hurtownie w Polsce zabierają co najmniej połowę ceny książki. Tak, misie kolorowe. A co myśleliście, że hurtownik pracuje charytatywnie, dla samej przyjemności, albo że będzie do interesu dokładał?! Hurtownie płacą wydawnictwom aż czterdzieści parę procent ceny okładkowej książki. Z których to czterdziestu paru procent, musi się utrzymać nie tylko i wydawca i rzesza ludzi, którzy książkę produkują, redagują, reklamują. Trudno zatem oczekiwać, żeby jeszcze z tego odpalano coś temu najmniej istotnemu elementowi całego procesu, jakim jest autor.
Jeśli zaczniemy płacić literatom, księgarnie zbankrutują. Właściciel wydawnictwa umrze z niedożywienia w swojej willi w Toskanii. Właściciel hurtowni, z głodu zje swojego psa, swoją rodzinę, a potem, siebie. Czy do tego chcecie doprowadzić, wy pazerne literoczłopy!?!
Ale dosyć żartów. Wiem, łatwo się mądrzyć na blogach. Jak jesteś taki kozak, to sam załóż wydawnictwo i wtedy się mądrz. Świat jest dziki, świat jest zły. Świat ma bardzo ostre kły. Co ja wam będę dużo gadał. Nam było ciężko!
Ergo, ipso facto, dochodzimy do nieuchronnego wniosku, że pisarz w Polsce to nie zawód i dlatego słuszne jest i sprawiedliwe, że nie ma dochodów.
3.EPILOG
Na koniec, jeszcze tylko chciałem zauważyć, jak to się śmiesznie u nas układa, że wszelką działalność trzeba rejestrować. Wszystko jest dokładnie uregulowane, ometkowane i obłożone VATem, podatkiem dochodowym akcyzą, i ZUSem. Już nawet danie głodnemu kawałka chleba zostaje ukarane z urzędu. I tylko pisarz, zwłaszcza młody, nie podlega pod ogólne zasady podaży i popytu. To znaczy w sensie nie jest traktowany jako zawód ale oczywiście podatki płacić musi. Jak każdy. Ale jakakolwiek myśl autora literatury pięknej o czerpaniu zysków z pisania, jest myślozbrodnią. Autorzy komercyjni to zdrajcy idei. Prawdziwy pisarz ma być wariatem, który w przerwach od picia (ciekawe za co!) i podrywania tancerek w barze, czerpie życiową satysfakcję, z odrzucania jego tekstów przez kolejnych wydawców w oczekiwaniu na sukces który nigdy nie nadchodzi.
P.S. Byłoby z mojej strony grubym nietaktem, gdybym poruszając ów niełatwy temat, z tego miejsca, w imieniu wszystkich ludzi pióra, gorąco i serdecznie nie podziękował Panu Premierowi Donaldowi Tuskowi, i jego partii Platformie Obywatelskiej (A obecnie Koalicji Obywatelskiej) za uwolnienie polskich pisarzy i innych artystów, z uświęconej tradycją, możliwości odliczenia połowy kosztów uzyskania przychodu uzyskanego z własności intelektualnej.
Na drugim miejscu, ale także gorąco, dziękujemy obozowi Zjednoczonej Prawicy (czyli PiSowi z przystawkami), oraz PSL, które po przejęciu władzy, swoimi głosami wspomnianą zmianę utrzymały w mocy.
Dziękujemy też Zjednoczonej Prawicy za utrzymanie podatku VAT w podstawowej wysokości 23% na książki elektroniczne.
(Później go obniżono ale to dzięki zmianom wprowadzony w całej UE.)
P.P.S. Samotne matki w Polsce niech też się nie smucą za bardzo tym, że J.K.Rowling zostać się u nas nie da. Ponieważ w Polsce pisanie to pierduła, którą można się zajmować dodatkowo, w czasie wolnym od prawdziwej pracy. Chłopy do łopaty. Baby do garów. Naróbcie sobie dzieci to dostaniecie 800+. A na stare lata, kiedy już przeharujecie całe życie w znienawidzonej pracy, tracąc stopniowo zdrowie psychiczne i fizyczne, a w nagrodę zostając bohater(k)ami memów o Januszach i Grażynach, będziecie mieli gwarantowaną, jak przysięga Zawiszy, pewną jak amen w pacierzu, i nieodwołalną jak wieczne potępienie – emeryturę z ZUSu!!!
Żeby móc wspierać własne dzieci, a może i wnuki, w razie gdyby im też odwaliła szajba i postanowili żyć z pisania.
Michał Szymański
Proszę udostępniajcie ten artykuł do woli ale dajcie linka.
ŹRÓDŁA:
Wywiad z Andrzejem Sapkowskim: https://sapkowskipl.wordpress.com/2017/03/13/rozmowa-z-andrzejem-sapkowskim/
Artykuł Pilipuka omawiany w tekści znajdziecie tutaj: http://www.portal-pisarski.pl/czytaj/4869/andrzej-pilipiuk-ile-zarabia-pisarz
Fotografa pochodzi z Shutterstock.